Zapraszamy do działu “Zdjęcia“. Zamieściliśmy ponad 200 zdjęć w wysokiej rozdzielczości z trasy naszej ekspedycji. Wszystkie zdjęcia wykonano aparatami fotograficznymi SONY. ( Alfa A900, DSC HX5V, NEX-5)
Cairns, które jest ostatnim punktem na naszej trasie, jest jedynie 30 km oddalone od miejscowości o nazwie Kuranda. Dzięki położeniu w sercu ostatniego bastionu lasu deszczowego na Półwyspie York, Kuranda jest idealnym miejscem dla parku dzikich zwierząt egzotycznych. Wszyscy Australijczycy, z którymi rozmawialiśmy, mówili nam, że będąc w Queensland trzeba koniecznie zobaczyć Sanktuarium Motyli w Kurandzie.
Cicha miejscowość o sielskiej atmosferze, położona jest na wzniesieniu ok. 500 m n.p.m. Oprócz parku dzikich zwierząt, w Kurandzie mieści się największy na tym terenie targ rękodzieła australijskiego. Przechadzka pomiędzy sklepikami z tutejszymi opalami, charakterystycznymi aborygeńskimi rysunkami na płótnie, wyrobami ze skór najróżniejszych zwierzaków, kosmetykami naturalnymi na bazie ekstraktów z roślin tropikalnych i wieloma innymi przedmiotami, często wytwarzanymi przez rzemieślników na miejscu, jest istną ucztą dla zmysłów. W drodze do upragnionej oazy egzotycznych motyli, ptaków i innych tutejszych zwierząt, kilkanaście razy musieliśmy się zatrzymywać i opowiadać o naszej wyprawie właścicielom sklepów i ich klientom. Wszyscy byli bowiem bardzo zaciekawieni naszymi koszulkami z biało-czerwoną flagą i żółtym logo z kangurem.
Wreszcie udało nam się dotrzeć do pierwszej z trzech głównych atrakcji Kurandy, czyli parku egzotycznych ptaków. Przy wejściu przywitała nas piękna biała kakadu, która okazała się być nie lada pieszczochem. Gdy tylko przeszliśmy dalej, naszym oczom ukazał się cały papuzi gaj. Ptaki prześcigały się w sztuczkach, mających na celu zdobycie smakołyków, którymi karmili je zwiedzający. W braku smakołyków, papugi próbowały podkradać wszelkie błyskotki, zegarki, nity na czapkach i inne przedmioty do zabawy. Wielka niebiesko-żółta ara upodobała sobie szczególnie zegarek Michała. Później, próbowała zdefasonować jego nieśmiertelny kapelusz. Michał udzielał jej lekcji kindersztuby ale nie wiemy, czy coś wyniosła z tej lekcji poza klamrą z kapelusza. Inna, żółto-pomarańczowa papużka bardzo zainteresowała się naszą kamerą Sony. Próbowała się do niej dobrać na wszystkie sposoby ale okazało się, że sprzęt Sony jest papugo-odporny. Czas w papuzim gaju w ogóle się nie dłuży, więc ledwie zdążyliśmy do dwóch pozostałych atrakcji.
Sanktuarium Motyli to niezwykłe miejsce. Zmiana otoczenia w stosunku do ptaszarni jest niezwykła. W pierwszej chwili trudno się zorientować na czym ta zamian polega. Sprawa jest prosta – motyle nie skrzeczą. Te piękne, uskrzydlone owady wypełniają dużą oranżerię, która na kilka dni lub tygodni ich krótkiego życia, staje się dla nich domem. Feeria barw i wzorów na motylich skrzydłach uświadamia, że natura jest jednak największym artystą. Po wizycie w tym kojącym zmysły miejscu, udaliśmy się do Ogrodów Koali.
Gorące i parne popołudnie skłoniło zwierzaki do wielkiego leniuchowania. Wallabie, które w swoich torbach nosiły potomstwo były dość płochliwe. Za to kangury od razu zwęszyły pożywienie, które przynieśliśmy. Po chwili karmienia i głaskania tych przemiłych zwierzaków, okazało się, że pieszczoty jednak wygrywają. Najedzone i wydrapane położyły się w końcu na słońcu całą gromadką, pozując do zdjęć. Wychodząc, natrafiliśmy jeszcze na rodzinę krokodyli słodkowodnych, które jak na zwierzęta stadne przystało, ułożyły się w krokodyle puzzle jeden na drugim, chwytając ostatnie promienie popołudniowego słońca.
Wizyta w Kurandzie była ostatnią z przygód tej części wyprawy na najmniejszym kontynencie. Pozostało nam jeszcze odstawienie samochodu do miejscowego warsztatu. Wstępna diagnoza nie jest dobra. Wygląda na to, że będzie trzeba wymienić całą skrzynię biegów, która nie wytrzymała przeciążeń. Do tego, tylny most, przegub, krzyżak i przednia sprężyna wymagają wymiany. Tutejsze bezdroża okazały się być jednak zdecydowanie bardziej wymagające dla sprzętu, niżby można było wnioskować z dostępnych źródeł. Mamy nadzieję, że miejscowi pasjonaci brytyjskich aut terenowych doprowadzą nasz samochód do stanu pełnej gotowości na nowe przygody na australijskich bezdrożach. I to już koniec relacji z pierwszej części wyprawy Campus-Australia Expedition 2010. NO WORRIES!!!
Ostatni tydzień pobytu w Australii postanowiliśmy rozpocząć od wizyty w farmie krokodyli, która jest jednocześnie parkiem edukacyjnym. Można się tam dowiedzieć wielu ciekawostek o tych prastarych gadach, które prześladowały nas podczas całej drogi przez Półwysep York.
Kilkanaście kilometrów za Daintree krajobraz zdecydowanie zmienił się. Las tropikalny ustąpił miejsca równinom pokrytym trzciną cukrową. Nie widać też już domów na podwyższeniach, chroniących ich mieszkańców przed powodzią w czasie pory deszczowej. Zamiast nich krajobraz zdobią jasne, parterowe domy otoczone palmami. Monotonię równiny przełamują góry porośnięte gęstym, zielonym lasem, położone zaledwie kilka kilometrów od brzegu morza.
W trzech czwartych drogi pomiędzy Daintree i Cairns znajduje się cel naszej podróży, czyli wielka farma krokodyli. Przy wejściu witają nas pluszowe krokodylki-przytulaki w miejscowym sklepiku z pamiątkami. Usypia to trochę naszą czujność. Po kilkunastu metrach wędrówki krętymi ścieżkami docieramy do pierwszej „zagrody” krokodyli słodkowodnych. Ich długie pyski z wystającymi zębami wyglądają raczej śmiesznie niż strasznie. Krokodyle słodkowodne, w odróżnieniu od swoich słonowodnych krewniaków, nie stanowią zagrożenia dla człowieka. Są także dużo mniejsze i mają zupełnie inne nawyki żywieniowe. Ich przysmakiem są małe zwierzęta wodne (rybki, żółwie, itp.) a nie przedstawiciele gatunku homo sapiens.
Po chwili jednak zobaczyliśmy w innej „zagrodzie” znacznie większe cielsko. Cielsko leżało nieruchomo z charakterystycznie uchylonym pyskiem. Ten przedstawiciel najgroźniejszego gatunku gadów miał ponad 4,5 metra długości i był pięćdziesięciolatkiem złapanym w jednej z rzek Półwyspu York. Kawałek dalej, zobaczyliśmy wylegującą się na słońcu samicę Sally, która była naszym równolatkiem o ponad 4 metrowym cielsku, ważącym pół tony. Sally została złapana, bo była niegrzeczną dziewczynką. Ponad 10 lat temu zjadła ona psa dzieciom, które wybrały się nad rzekę. Aby upamiętnić to smutne wydarzenie, pracownicy farmy nadali krokodylicy imię pożartego psa. W miarę, jak zagłębialiśmy się coraz dalej w zakamarki parku, czuliśmy do słonowodnych krokodyli coraz większy respekt. Wreszcie, po godzinnym spacerze, udaliśmy się do zwierzęcego amfiteatru. Tam właśnie pracownicy parku organizują pokaz edukacyjny, który ma przybliżyć widzom krokodyle obyczaje.
Krokodyl Bart, który miał nam zademonstrować wykorzystywane w naturze techniki polowania, wylegiwał się spokojnie na słońcu. Sprawiał raczej wrażenie plastikowej makiety niż bezbłędnej maszyny do zabijania. Wystarczyło jednak delikatne uderzenie kijem w wodę kilka metrów od niego, aby to pozornie ospałe cielsko w mgnieniu oka znalazło się w wodzie w poszukiwaniu celu ataku. Im więcej dowiadywaliśmy się o tym, jak krokodyle polują, jak działa ich instynkt zabójcy, tym bardziej przypominaliśmy sobie przygodę znad Mitchell River. Gdy zobaczyliśmy, jak ten kilkumetrowy drapieżnik, którego szczęki zaciskają się z siłą kilku ton, powoli opada na dno, stając się kompletnie niewidocznym dla niczego nieświadomej ofiary, przeszły nas ciarki. Po tym, jak uświadomiliśmy sobie, obserwując atak bestii na martwego kurczaka, z czym mieliśmy do czynienia kilkanaście dni temu, trudno było nam wytrzymać na miejscach do końca pokazu.
To jednak nie było wszystko. W czasie kilkudziesięciominutowego rejsu statkiem po niewielkiej lagunie, zobaczyliśmy nie tylko największego gada w farmie (stuletniego, ponad 6,5 metrowego olbrzyma) ale mieliśmy też okazję wziąć udział w mrożącym krew w żyłach spektaklu karmienia krokodyli. Zwierzęta te mogą miesiącami nic nie jeść. Niemniej trudno przewidzieć ich zachowanie, gdy w pobliżu znajdzie się kawałek surowego mięsa. Niektóre z nich nie zareagują w ogóle, ale inne rzucą się z niezwykłą zaciekłością do walki o pożywienie, wyskakując z wody na wysokość odpowiadającą długości ich ciała. Kończąc relację z tego niezwykłego miejsca, dodam tylko, że człowiek jest pożywieniem krokodyli słonowodnych i to jednym z ulubionych… Pewnie wiele osób zadaje sobie pytanie, jak uniknąć ataku krokodyla? Otóż, jedynym w zasadzie sposobem jest trzymanie się z dala od wody.
Niedziela, jak przystało na weekend, była dniem pracowitym. Zaczęliśmy od czyszczenia wszystkiego, co było w samochodzie, z grubej warstwy lepkiego czerwono-brunatnego pyłu. Przy okazji tych porządków okazało się, że większość naszych ubrań, w tym moje ulubione koszulki Campusa, wymagają prania. Gdy tylko zaczęłam zbierać swoje rzeczy, Michał i Piotrek zawołali jednym głosem, że przecież ich polary i softshel’e, które służyły przez cały Canning Stock Route, też dobrze byłoby poddać zabiegom pielęgnacyjnym. W sumie było to zrozumiałe, bo przecież nieubłaganie zbliżamy się do Cairns, czyli końca naszej przygody, co oznacza konieczność spędzenia ponad 20 godzin w samolocie, gdzie dobry polar jest niezastąpiony.
Tym sposobem role zostały podzielone jak w pradawnych czasach: kobiety zajmują się praniem a mężczyźni – dłubaniem przy samochodach. Na marginesie, z legend wiemy, że w „Czasie Marzeń” kobiety Aborygeńskie zajmowały się gotowaniem i sprzątaniem. Ciekawe, czym przy braku Land Roverów zajmowali się męscy przodkowie Aborygenów?
Gdy byliśmy pochłonięci pracą, nagle w pobliskich zaroślach coś zaszeleściło. W pierwszej chwili myśleliśmy, że to dzikie kuraki, które harcowały przez cały poprzedni wieczór i większość nocy. Jednakże z zarośli nie wybiegło nic czarnego, gdaczącego, z czerwonym łebkiem. Zaczęliśmy więc z zaciekawieniem obserwować zarośla, w których jednak nie było widać żadnego ruchu. Gdy tak wpatrywaliśmy się w kłębowisko bluszczu i suchych palmowych liści, w pewnej chwili dostrzegliśmy źródło wcześniejszego ruchu. Naszym oczom ukazał się przepiękny, półtorametrowy waran, który ze stoickim spokojem przemierzał pobliskie zarośla. Byliśmy zafascynowani tym dostojnym stworzeniem. Waran zatrzymał się na chwilę, popatrzył na nas i stwierdziwszy, że nic mu nie grozi, zaczął zwiedzać okolicę. Powoli zbliżył się do namiotu ale widocznie nasza kuchnia mu nie odpowiadała, bo przesunął się w kierunku wysokiej palmy kokosowej. Przystanął na chwilę. Wspiął się kilkanaście centymetrów na palmę i stwierdził, że chyba jest weekend i choć jest gatunkiem drzewnym, to dziś nie ma absolutnie ochoty na wspinaczkę. Po dłuższej przechadzce w trawie i suchych liściach, zdecydował się w końcu na wspinaczkę na pień drzewa herbacianego, aby powygrzewać się w słońcu. Wylegiwanie znudziło mu się jednak po kilku minutach i zdecydował udać się na powolny obchód campingu. Zdradzeni, powróciliśmy do naszych obowiązków.
Okazało się jednak, że nie tak łatwo naprawiać i czyścić samochód w takiej bliskości przyrody. Co chwila bowiem, coś nas odrywało od zajęć. A to nieznany ptak przebiegł przez nasz obóz albo dumne pawie przemaszerowały obok, pusząc się przed nami w tańcu godowym. Nasz gadzi przyjaciel też powrócił kilka razy, sprawdzając porządek w swoim królestwie. Wreszcie późnym popołudniem zwierzaki pozwoliły nam się skupić na pracy, dzięki czemu mogliśmy skończyć prowizoryczną naprawę sprężyny, porządki w samochodzie i mega pranie.
Po opuszczeniu obozowiska w Lakefield National Park, ruszyliśmy dalej w kierunku Daintree. Pierwszym przystankiem na naszej trasie było Cooktown. Jest to historyczne miasteczko położone w miejscu, w którym w 1770 roku wylądował kapitan James Cook. Jego statek Endeavour prawie zatonął w drodze na Tahiti, gdy próbował przepłynąć w okolicy Cape Tribulation. Kolejne dwa miesiące kapitan Cook spędził na naprawianiu swojego statku, aby wreszcie udać się w dalszą drogę. Od tego czasu aż do końca dziewiętnastego wieku ten naturalny port był opustoszały. Dopiero w czasach „gorączki złota” miasto rozkwitło. Do dziś przy głównej ulicy miasta można podziwiać drewniane budynki z końca XIX wieku, które mieszczą w sobie oddziały banków, hotele i sklepy. Życie skupia się tu na głównej ulicy, Charlotte Street, wiodącej do urokliwej kameralnej mariny. W małym parku przy Charlotte Street, znaleźliśmy nie lada kuriozum. Otóż w 1885 roku Gubernator Brisbane postanowił przekazać miastu arsenał, który miał służyć obronie portu w razie ataku przez Rosję. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że potęgę carską miało powstrzymać jedno działo wyposażone w trzy kule armatnie oraz dwie strzelby. Do obsługi tej siły rażenia, Gubernator oddelegował jednego oficera… Nie mogąc uwierzyć własnym oczom, uwieczniliśmy oczywiście tablicę pamiątkową na zdjęciu. W XX wieku Cooktown było ważną bazą RAAF’u…
Po opuszczeniu miasta, udaliśmy się powoli w kierunku Daintree. Po drodze okazało się, że nasze auto coraz gorzej znosi jakiekolwiek wzniesienia. Każdy pagórek musieliśmy pokonywać na redukcji, aby go nie dobić. Do tego druga, czyli prawa przednia sprężyna Dobinson’a, postanowiła w najmniej oczekiwanym momencie, pęknąć w kolejnym miejscu, umilając nam podróż łomotaniem na każdym zakręcie.
Wreszcie dotarliśmy do Daintree, gdzie postanowiliśmy zatrzymać się na całą niedzielę, aby dokonać niezbędnych drobnych napraw auta. Poza tym nasz samochód po setkach kilometrów australijskich dróg i bezdroży domagał się pilnie gruntownego czyszczenia. Miejsce, które wybraliśmy na nasze obozowisko było najdzikszym campingiem w okolicy, dzięki czemu mieliśmy możliwość spędzenia nocy w lesie tropikalnym z własnym dostępem do plaży.
Po przebyciu powrotnej drogi z Iron Range National Park, zatrzymaliśmy się na upragniony odpoczynek w cywilizowanym miejscu, czyli na campingu przy Archer River Roadhouse, słynącym w okolicy z wielkich i bardzo smacznych steków. Niestety dotarliśmy już zbyt późno, aby delektować się specjałami tutejszej kuchni, więc jak zwykle, postawiliśmy na puszki. Warto zaznaczyć, że stwierdzenie „zbyt późno” może wprawić w zdziwienie większość mieszkańców Starego Kontynentu, bo tu w Australii oznacza to godzinę 20:00, po której zamiera życie kulinarne. Z drugiej strony, Australijczycy to nie takie znowu „ranne ptaszki”. O 8:00 rano dnia następnego można było spotkać zaspanych autochtonów, snujących się w piżamkach po campingu. Dobrze, że takie campingi nie były naszym zwyczajowym miejscem obozowania, bo to zupełnie nie nasza „szklanka kawy”.
W czwartek, ruszyliśmy w dalszą drogę z zamiarem dotarcia do Cape Melville i Melville National Park, który jest drugim co do wielkości lasem deszczowym Australii. Niestety, krótko po opuszczeniu Archer River Roadhouse, nasze auto zaczęło wydawać bardzo podejrzane, klekoczące dźwięki. Zaczęło się też dziwnie zachowywać. Michał z Piotrkiem, którzy mają duże doświadczenie nie tylko w prowadzeniu, ale także reperowaniu aut terenowych, zabrali się za diagnozowanie problemu. Po dokładnym wsłuchaniu się w kakofonię dźwięków, wydawanych przez naszego Land Rovera, padła diagnoza. Najprawdopodobniej, skrzynia biegów, pomimo generalnego remontu przed wyprawą, nie wytrzymała przeciążeń, związanych z trudnymi przeprawami oraz pionowymi podjazdami. Winne było łożysko, którego zewnętrzna część zaczęła się obracać. Musieliśmy zrewidować nasze dalsze plany w zakresie trasy, którą chcieliśmy pokonać. Droga do Cape Melville to bardzo trudny szlak off-road’owy z dużą ilością kamienisto-błotnych podjazdów, czego skrzynia biegów w naszym aucie mogłaby nie wytrzymać. Po sprawdzeniu wszystkich opcji dotarcia na Cape Melville stwierdziliśmy, że ryzyko jest zbyt wielkie, bo w zasadzie wszystkie drogi w tym rejonie przeznaczone są dla odpowiednio przygotowanych aut terenowych. Zaczęło się studiowanie map i przewodników, aby opracować ciekawą alternatywę, która nie unieruchomi nas w totalnie odludnym miejscu. Wybraliśmy trasę łatwiejszymi drogami przez otulinę Lakefield National Park, Cooktown do Daintree, które jest równie ciekawym skrawkiem lasu deszczowego ale za to położonym tuż nad brzegiem oceanu.
Lakefield National Park to oaza najróżniejszych gatunków zwierząt, żyjących w lasach tropikalnych otaczających kilkadziesiąt rzek, strumieni i jezior parku narodowego. Ten ogromny park narodowy, rozpościerający się na powierzchni ponad 50 tys. km2 jest także naturalnym siedliskiem krokodyli słodko- i słonowodnych, które są tu objęte programem konserwacji gatunku. Dlatego, pomimo awarii samochodu, postanowiliśmy zakosztować atmosfery tego największego rezerwatu na Cape York i zatrzymać się na nocleg nad brzegiem jednego z jezior w pobliżu drogi zwanej Battle Camp Road.
Battle Camp Road, jest typową australijską szutrówką, pokrytą ceglastym pyłem, zatykającym oddech i pokrywającym nas i auto grubą czerwoną „opalenizną”. Nazwa drogi pochodzi od bitwy, która rozegrała się tu pomiędzy 130 ranczerami i 500 Aborygenami. Druzgocąca przewaga karabinów maszynowych nad prymitywną bronią Aborygenów sprawiła, że była to ostatnia próba nawiązywania otwartej walki w celu obrony swego terytorium przez tubylców.
Po drodze nad Lake Emma, gdzie postanowiliśmy rozbić obóz, zatrzymaliśmy się w Old Laura Homestead, aby zobaczyć typową samowystarczalną farmę sprzed 100 lat. Lake Emma to urocze jeziorko utworzone przez wody Normanby River, porośnięte dookoła gęstą, wysoką trawą. Obozowisko rozbiliśmy w rozsądnej odległości od wody, będącej schronieniem krokodyli i zaczęliśmy przygotowanie kolacji. Po chwili zauważyliśmy, że nie jesteśmy tu sami. Drzewo, pod którym rozstawiliśmy stolik było jadłodajnią olbrzymich, owocożernych nietoperzy. Zaczęliśmy obserwować te prześmieszne zwierzęta, łapczywie pożerające kiście kwiatów przypominających miotełki do zmiatania kurzu. Nietoperze nie tylko nie bały się nas ale podlatywały dość blisko w poszukiwaniu smakołyków. Zaaferowani oglądaniem ich uczty, w pewnej chwili odkryliśmy pewien zwyczaj tych latających ssaków, który może być nieprzyjemnym zaskoczeniem dla widzów takiego spektaklu. Otóż najedzony nietoperz lubi, cóż tu dużo ukrywać, zrobić siusiu. A że prawo ciążenia działa na każdej półkuli, widz niezaopatrzony w parasol, może zostać porządnie zmoczony…
Nietoperze nie były jedynymi zwierzętami, które nam towarzyszyły tej nocy. Oprócz kuraków buszujących w pobliskich zaroślach, Piotrek podczas tradycyjnego wieczornego spaceru, który pozostałych uczestników wyprawy przyprawia o dreszcz, spotkał przedstawiciela rzadkiego tu gatunku pytonów, bardzo wiele rzekotek, pająków i innych ciekawych zwierząt, które zostały uwiecznione na fotografiach.
Po trudach przeprawy przez Pascoe River, postanawiamy spędzić bardziej relaksujący dzień, poznając faunę i florę Parku Narodowego Iron Range oraz urokliwą zatoczkę Portland Roads.
Droga do przez park Iron Range ma ceglasto-czerwoną nawierzchnię jak większość dróg, którymi się tu poruszamy. Różnica polega na tym, że zamiast wszechobecnego pyłu, droga pokryta jest wilgotnym błotem, które zdecydowanie poprawia komfort jazdy samochodem, klimatyzowanym poprzez otwarcie wszystkich możliwych okien. 6 km od brzegu, droga rozwidla się. Najpierw postanawiamy udać się do Portland Roads. Jest to mikroskopijna, senna wioska nad urokliwą zatoczką, otoczoną gąszczem namorzynów z charakterystyczną plątaniną korzeni, wystających z wód Morza Koralowego. Poza pomnikiem, będącym upamiętnieniem tragicznej wyprawy dziewiętnastowiecznego podróżnika Edmunda Kennedy, właściwie nic nie przywołuje bujnej historii tego miejsca, które w czasie II Wojny Światowej było ważnym amerykańskim portem wojennym. Schludne, drewniane domki położone wśród wysokich palm na zboczu wzniesienia, które chroni je przed wysoką wodą w czasie pory deszczowej i napis na jedynej w okolicy restauracji, zachęcający do skosztowania świeżo złowionych specjałów, skłoniły nas do spędzenia tu kilku chwil. Właściciel restauracji okazał się być przemiłym rozmówcą, który opowiedział nam nie tylko o tym miejscu, hippisach na Chili Beach, tutejszych krokodylach ale także o uroczych malutkich słonecznych ptaszkach (oryg. sunbirds), które uwiły sobie gniazdko pod jego wiatą i umilają teraz swoimi igraszkami, spożywanie posiłków przyjezdnym.
Posileni sporą porcją wyśmienitych, lokalnych owoców morza, udajemy się na Chili Beach, która uznawana jest za jedną z najpiękniejszych plaż na Cape York i która przez lata była azylem hippisów. Plaża jest rzeczywiście piękna. Długi, szeroki pas białego piasku oddzielony jest od lądu ścianą dzikich palm kokosowych. Chętnie spędzilibyśmy tu więcej czasu ale trzeba ruszać w dalszą drogę. Michał postanawia jeszcze uczynić użytek ze swojego wielkiego noża, „oprawiając” nim świeżego kokosa. Zapach mleczka kokosowego i smak mięsistej kopry są ambrozją po kilku tygodniach puszkowego pożywienia.
W drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze, aby pospacerować po lesie deszczowym, który jest największym skarbem tego miejsca i dla którego pokonaliśmy arcytrudną drogę. Pomimo wczesnych popołudniowych godzin, w lesie panuje półmrok. Roślinność, okalająca wąską ścieżkę, jest gęstwiną niezliczonych gatunków drzew, krzewów, traw, grzybów i innych przedstawicieli tutejszej flory. Najróżniejsze gatunki roślin żyją tu w przedziwnej symbiozie, we wspólnym celu – pozyskaniu dostępu do życiodajnej wody i odrobiny światła, przenikającego górne warstwy lasu. Wielkość i wysokość drzew, których konary pną się kilkadziesiąt metrów w górę, świadczą o wieku lasu deszczowego. Piotrek oczywiście filmuje wszystkie napotkane na drodze milutkie zwierzątka, jak choćby gigantycznego pająka, który w swojej jeszcze większej sieci, posila się właśnie świeżo złowionym obiadem. W sennym o tej porze dnia lesie deszczowym, panuje niczym niezmącona cisza, przerywana tylko czasem śpiewem ptaków w koronach wysokich drzew. Cierpliwy słuchacz, po dłuższej chwili wsłuchiwania się w tę ciszę, usłyszy krople skraplającej się wody, spływające powoli po wielkich liściach bananowców i filodendronów. Wilgoć panująca w lesie nie jest jednak uciążliwa, bo wysokie konary drzew, oplecione lianami tworzą sklepienie, broniące dostępu wyniszczającym promieniom słońca. Im dłużej spacerujemy po lesie, tym bardziej uświadamiamy sobie, że charakterystyczny tu półmrok, coraz bardziej ustępuje miejsca zachodzącemu powoli słońcu. Żegnamy się więc z lasem deszczowym i jego mieszkańcami, aby udać się niestety w drogę powrotną. Za chwilę miało się okazać, że nie ze wszystkimi mieszkańcami lasu deszczowego pożegnaliśmy się skutecznie.
Po przeprawie brodem przez Wenlock River, tym razem mniej widowiskowym, bo przeznaczonym po prostu dla aut 4×4, zauważyliśmy na grillu naszego samochodu trzydziestocentymetrową stonogę. Ten mieszkaniec niedostępnych kniei lasu tropikalnego jest niezwykle rzadkim gatunkiem tutejszej fauny, którego uroda jest równa mocy trucizny. Dlatego z największą ostrożnością postanowiliśmy się przyjrzeć bliżej naszemu jadowitemu podróżnikowi na gapę. Zwierzątko musiało być zmęczone sesją fotograficzną, którą mu urządziliśmy, bo przy pierwszej nadarzającej się okazji, dało nura pod maskę samochodu. Zabiegi Piotrka, który mozolnie próbował nakłonić stonogę do opuszczenia auta, spełzły na niczym. Nie chcąc zrobić krzywdy stworzeniu, postanowiliśmy pozbyć się naszego autostopowicza, kąpiąc auto w Wenlock River. Mieliśmy nadzieję, że dzięki temu, nasz prastary przyjaciel mógł powrócić do swego naturalnego środowiska.
Całą niedzielę kontynuowaliśmy naszą wyprawę w kierunku najbardziej wysuniętego na północ miejsca w Australii, starą Old Telegraph Road. Droga jest kręta, miejscami zerwana przez wodę, zalegającą na Półwyspie York przez pół roku. Wszystkie rzeki i strumienie trzeba przekraczać w bród. Wjazdy i wyjazdy są strome i zdewastowane przez coroczne powodzie a dna rzek kamieniste, z głębokimi dziurami i rwącym nurtem.
Najgorsza przeprawa to pokonanie Gunshot Creek. Droga, wiodąca do tego miejsca, niczym nie zapowiada pułapki, jaka kryje się w gęstwinie wysokich drzew, porastających brzegi strumienia. Łagodna, piaszczysta dróżka i okalające ją niskie krzewy usypiają nieco naszą czujność. Nagle, przed nami pojawia się ściana tropikalnej roślinności, porastającej brzegi strumienia. Zwalniamy, żeby zobaczyć zjazd, bo legendy o trudności przeprawy przez Gunshot Creek, kończącej się w najlepszym razie dachowaniem auta, krążą po całej Australii. Gdy powoli nasz samochód wytacza się zza zakrętu, przed naszymi oczami pojawia się klif o wysokości ponad 10 m. Nie wygląda to dobrze. Zjazd klifem to gwarantowane dachowanie a opuszczanie samochodu na linach jest niemożliwe, gdyż w okolicy brak czegokolwiek, do czego można bezpiecznie podczepić auto. Zostawiamy więc samochód na zboczu i idziemy sprawdzić, czy któryś ze zjazdów pozwoli nam przeprawić się przez strumień bez większego uszczerbku. Pierwsza eksploracja brzegów nie wypada pomyślnie. Każdy klif prowadzący do strumienia jest kilkumetrową stromą i praktycznie pionową ścianą. W pewnej chwili z zarośli słyszymy wołanie Piotrka, który znalazł łagodniejszy, gliniasty zjazd. Ustawiamy więc auto na wschodnim krańcu klifu i powoli zaczynamy się staczać prawie pionowo w dół. Opanowane i doświadczenie Michała gwarantują powodzenie akcji. Po chwili, nasz Land Rover ze stęknięciem ląduje w nurcie strumienia, na wszystkich czterech kołach. W tym momencie dostrzegamy na przeciwległym brzegu specyficzną kolekcję pamiątek, pochodzących z pojazdów, którym udało się bądź też nie, pokonać ten przejazd. Można tam dostrzec półośki, przeguby, liny od wyciągarek i wiele innych, nawet bardzo osobistych przedmiotów pozostawianych tam przez lata. Postanawiamy więc dołożyć do tej kolekcji nasz ślad. I tak oto, jaskrawa pomarańczowa koszulka Land Rovera z pozdrowieniami z Polski wędruje na szczyt kolekcji.
Kolejne przeprawy przez strumienie zasilające Jardin River są już lżejsze, choć każda kryje w sobie jakąś niespodziankę: głębokie dziury, zarwane dno, pionowy wyjazd, tony grząskiej gliny i inne przeszkody, wywołujące szeroki uśmiech na twarzy każdego, kto kocha off-road’owe zabawy. Co do niespodzianek, to największą sprawił nam strumień o nazwie nomen omen Mistake Creek (od autora: Strumień Pomyłka). Stromy wjazd prowadził do malowniczego strumienia. Miał to być „brodzik” a okazał się być „głęboką wanną”. Zmyliła nas krystalicznie czysta woda i lekki prąd kompletnie deformujące postrzeganie głębi.
Dopływy Jardin River tworzą malownicze kaskady i łagodne wodospady, które są rajem dla niezliczonych stad nietoperzy. W ciągu dnia drzewa wyglądają jak świąteczne choinki obwieszone puchatymi, rudymi bombkami, od czasu do czasu podrywającymi się do lotu. Tutejsze nietoperze żywią się owocami, więc mogą leniuchować przez większość dnia, bo przecież ich pożywienie nie ucieknie w pośpiechu w zarośla. Dlatego spokojnie wiszą sobie na gałęziach wysokich drzew i dopiero, gdy słońce chyli się ku zachodowi, udają się na poszukiwanie kolacji. Zwierzaki te urzekły nas do tego stopnia, że rozbiliśmy obóz w odludnym miejscu, gdzie mogliśmy obserwować ich wieczorne wędrówki. Miejsce to położone jest na zboczu Cannibal Creek. Nie wiemy, skąd ta nazwa, ale mamy nadzieję, że jutrzejszą podróż odbędziemy w tym samym składzie…




































































































